Andy Ruiz nie kończy kariery
- Za każdym razem, gdy starałem się skrócić dystans, on klinczował. Mocno mnie łapał, przez co nie mogłem wydłużać serii i bić kombinacjami - żali się Andy Ruiz (35-3-1, 22 KO), który w sobotni poranek przegrał z Damianem Knybą (18-1, 11 KO).
W teorii faworytem był dawny mistrz świata wagi ciężkiej. W ostatnich latach boksował jednak rzadko, mocno przytył, pojawiły się również plotki o problemach z używkami i choć w końcu się pozbierał do kupy, to lata zaniedbań było widać. Polak kontrolował większą część walki lewym prostym, a tak naprawdę wszystko powinno skończyć się w siódmej rundzie, gdy sędzia liczył Meksykanina najdłużej jak się chyba da. Swoje chcieli dodać również dwaj punktowi, na szczęście nawet pomimo znaczącej pomocy (2x 114:113) nie udało się pozbawić Knyby wygranej.
- Trzeba oddać mojemu rywalowi, że miał dobry plan taktyczny na tę walkę. Bardzo chciałbym rewanżu, pozmieniałbym sporo w drugiej walce. Wracałem po długiej przerwie, co miało wpływ na moją postawę, a na powrót od razu dostałem naprawdę mocnego przeciwnika, bo nie chcę marnować czasu na łatwe potyczki. Podjąłem ryzyko, przegrałem, wciąż jednak mam w sobie tę iskrę. Muszę tylko pozostać aktywnym i regularnie boksować - dodał Ruiz Jr.

Ruiz to taki James "Buster" Douglas naszych czasów i nawet pobił jego rekord dojścia do siebie po nokdaunie:) Swoje zrobił i co osiągnął to jego, ale walka z Knybą go ostatecznie zweryfikowała, tak samo jak i Polaka, który wszedł w ten sposób na inny poziom robiąc to naprawdę inteligentnie.

Patrząc jaki wałek chcieli tam wykręcić to Damian powinien się zgodzić tylko w dwóch przypadkach. 1. jeżeli nie będzie miał innej ciekawej opcji (np. walki mistrzowskiej lub z kimś mocno medialnym, 2. jeżeli siano będzie naprawde dobre (nie wiem np. 3-4 krotnosc gazy ktora zainkasowal za pierwsza walke)
