Anthony Joshua liczony, ale pokonał Prengę
O krok od wielkiej sensacji. Anthony Joshua (30-4, 27 KO) w pierwszej rundzie był dwukrotnie liczony, ale w drugiej to on znokautował Kristiana Prengę (20-2, 20 KO).
Już w 20. sekundzie kibice w Dżuddzie łapali się za głowy. Albańczyk przestrzelił prawym sierpem, ale w klinczu poprawił krótkim prawym podbródkiem i posłał wielkiego faworyta na deski. Po liczeniu do ośmiu znów zahaczył brodę byłego dwukrotnego mistrza świata, tym razem prawym krzyżowym. Zamroczony AJ zatrzymał się dopiero na linach, które uratowały go przed drugim nokdaunem. Ale co się odwlecze... Minutę później krótki prawy sierp w klinczu i Anglik podparł się rękawicą o matę, więc sędzia zgodnie z regulaminem liczył go po raz drugi. Gdy zabrzmiał gong na przerwę, Joshua uśmiechnął się do rywala, a ta minuta dała mu drugie życie.
Po przerwie AJ złapał luz, uruchomił lewy prosty i zaczął robić swoje. W pewnym momencie zranił oponenta prawym krzyżowym przez gardę. Zauważył to, od razu doskoczył i wystrzelił serią trzech mocnych uderzeń. Dwa pierwsze spadły na gardę, ale trzeci - prawy sierpowy, eksplodował na szczęce Prengi i ciężko go znokautował.

Ten podbródek taki krótki, jakby od niechcenia. Albo Prenga ma takie kopyto w prawej ręce, albo AJ już trochę skrzuszały, albo jedno i drugie ;)

Prenga ma kopyto. Widać, że to puncher. Ale Joshua jest też mocno naruszony przez lata walk. Ta walka to śmiech przez łzy. Usyk odetchnął z ulgą po nokaucie. Fury go zniszczy.

"Fury go zniszczy" - niestety ( bo przez lata kibicowałem AJ) też tak uważam. Rozbicie to jedno, ale te olewanckie podejście do rywala bo "wzięty na przetarcie" przelało czarę
