(PRZED)OSTATNIE TANGO W CARSON

Dodano: 26 sierpnia 2017 17:35
(PRZED)OSTATNIE TANGO W CARSON
Wojciech Czuba, Opracowanie własne
Łukasz Furman

W sobotnią noc trochę w cieniu wielkiego show Floyda Mayweathera Jr (49-0, 26 KO) i Conora McGregora odbędzie się jeden z ostatnich występów wspaniałego Miguela Cotto (40-5, 33 KO). Uwielbiany przez kibiców na całym świecie portorykański wojownik podczas walki wieczoru w mieście Carson skrzyżuje pięści z Japończykiem Yoshihiro Kamegai (27-3-2, 24 KO). Stawką tej bitwy będzie wakujący pas WBO kategorii junior średniej. Transmisję z tego wydarzenia przeprowadzi stacja Polsat Sport, początek od godziny 2:30 w nocy z soboty na niedzielę.

Żeby schudnąć.37-letni Cotto to pięściarz wyjątkowy. Jako amator reprezentował swój kraj między innymi na mistrzostwach świata juniorów w 1998 roku, gdzie zdobył srebrny medal, Igrzyskach Panamerykańskich rok później oraz Igrzyskach Olimpijskich w Sydney w 2000 roku. Co ciekawe ten wywodzący się z pięściarskiej rodziny chłopak (bokserami byli jego ojciec, wujek, brat i kuzyn), trenować zaczął z powodu nadwagi. To właśnie chęć zgubienia kilku zbędnych kilogramów zawiodła go do klubu Bairoa Gym w Caguas, gdzie bardzo szybko okazało się, że to, co na początku wydawało się krótkotrwałym chłopięcym kaprysem, zamieniło się w pełną sukcesów życiową przygodę.W sumie jako amator Miguel stoczył 148 pojedynków, z których 125 wygrał, a 23 przegrał. Po niezbyt udanej przygodzie olimpijskiej, gdzie występując w dywizji lekkopółśredniej przegrał już pierwszą walkę z późniejszym złotym medalistą tej imprezy Uzbekiem Mahamadkadirem Abdullajewem, postanowił przejść na zawodowstwo. Swoją pierwszą walkę w gronie profesjonalistów stoczył w lutym 2001 roku nokautując innego debiutanta, niejakiego Jasona Douceta (4-12, 1 KO). Następnie zgodnie z oczekiwaniami szedł przez ringi jak burza, demolując coraz bardziej wymagających przeciwników.

Pierwszy sukces.Trzy lata później, a dokładnie w maju 2004 roku, stanął przed swoją pierwszą szansą na wywalczenie wakującego tytułu WBO wagi junior półśredniej. Tak oto niepokonany w dwudziestu pojedynkach Miguel zmierzył się z innym nieznającym smaku przegranej zawodnikiem, Kelsonem Pinto (24-2, 22 KO). Kochany przez coraz większą rzeszę kibiców Cotto swoimi błyskawicznymi i precyzyjnymi ciosami w niespełna sześć rund sprawił, że trofeum federacji WBO zawisło na jego biodrach. Niedługo później po zastopowaniu wciąż znanych i cenionych Randalla Baileya (46-9, 39 KO) i DeMarcusa Corleya (50-28-1, 28 KO), portorykański bombardier odpłacił z nawiązką swojemu pogromcy z Igrzysk w Sydney z 2000 roku, Abdullajewowi. Tym razem, a miało to miejsce w czerwcu 2005 roku w Nowym Jorku, górą był portorykański czempion, który w dziewiątej odsłonie zastopował boksera z Uzbekistanu. Warto dodać, że złoty medalista z Sydney, w przeciwieństwie do Miguela, jako zawodowiec wielkiej kariery nie zrobił, a jego największym osiągnięciem było wywalczenie rankingowego pasa WBO Inter-Continental. Muhammadqodir karierę zakończył w 2011 roku z dorobkiem 21-4, 14 KO.

Kolejne triumfy i pierwsza porażka.Tymczasem wracając do wojowniczego "Junito", po zwycięstwach nad takimi firmami jak Gianluca Branco (49-3-1, 24 KO) i Paul Malignaggi (36-8, 7 KO), nasz bohater postanowił podbić wagę półśrednią. W grudniu 2006 roku Miguel osiągnął ten cel pokonując w Atlantic City ambitnego Carlosa Quintanę (29-4, 23 KO). Dzięki zwycięstwu nad swoim niepokonanym wówczas rodakiem (przystępując do tego starcia Quintana legitymował się rekordem 23-0), Miguel otrzymał w nagrodę wakujący pas WBA. Po tym wspaniałym triumfie przyszły kolejne w postaci udanych obron powyższego tytułu w pojedynkach z takimi gwiazdami jak chociażby Oktay Urkal (38-4, 12 KO), Zab Judah (43-9, 30 KO), czy Shane Mosley (49-10-1, 41 KO).

Jednak świetna passa Portorykańczyka została w końcu przerwana i to w bardzo brutalny sposób. Stało się to w lipcu 2008 roku, a osobą, która straszliwie porozbijała i zastopowała "Junito", był meksykański zabijaka Antonio Margarito (40-8, 27 KO). Ale na niewątpliwie wielki triumf "Tornada z Tijuany" mrocznym cieniem rzucił się fakt stosowania przez tego zawodnika zabronionych substancji do utwardzania bandaży. Chociaż w tym akurat pojedynku Margarito niczego nie udowodniono, to eksperci i całe środowisko bokserskie jest zdania, że ciosy Meksykanina zamieniające twarz Miguela w krwawą maskę, z pewnością nie były legalne.

Tak czy owak, Cotto nie szukał winnych i wymówek. Swoją pierwszą porażkę w karierze powetował sobie siedem miesięcy później, kiedy w lutym 2009 roku zasiadł na tronie WBO dywizji półśredniej, wykańczając w szczęśliwej dla siebie hali Madison Squere Garden Brytyjczyka Michaela Jenningsa (36-3, 17 KO) w piątej odsłonie.

Raz na wozie, raz pod wozem.Po ciężkiej, ale zwycięskiej obronie tytułu w walce z twardym Joshuą Clotteyem (39-5, 22 KO), w listopadzie 2009 roku ulubieniec portorykańskich fanów znowu musiał schodzić z ringu pokonany przez TKO. Tym razem jego pogromcą został będący wówczas w wielkim gazie, szybki i bijący z mocą i częstotliwością karabinu maszynowego Manny Pacquiao (59-7-2, 38 KO). Jedyny w historii czempion ośmiu kategorii wagowych zastopował Cotto w ostatniej, dwunastej rundzie tego niezapomnianego pojedynku.

I znowu historia się powtórzyła. Tak jak po porażce z Margarito, tak również i teraz Miguel w swoim kolejnym występie (czerwiec 2010 roku), sięgnął po mistrzowski pas. Wiktoria była o tyle cenniejsza, że Portorykańczyk triumfując nad Yurim Foremanem (34-3, 10 KO), który w czasie walki nabawił się kontuzji prawego kolana, zdobył tytuł w trzeciej dywizji, a mianowicie junior średniej, według federacji WBA.

Słodka zemsta.W kolejnym roku zawodowej kariery Miguel wystąpił tylko dwa razy, ale za to niezwykle efektownie. Najpierw w marcu wykończył przed czasem nieznającego strachu punczera Ricardo Mayorgę (32-9-1, 26 KO), a na zakończenie roku zanotował chyba najpiękniejsze zwycięstwo w swojej karierze. Dokładnie trzeciego grudnia na ringu w Madison Square Garden w Nowym Jorku dzielny Portorykańczyk ponownie stanął oko w oko z Antonio Margarito. Tym razem role się odwróciły i to "Junito" złamał, stłamsił i ostatecznie zastopował groźnego rywala, fundując Meksykaninowi srogie lanie.

Tak jak i w życiu, tak również i w boksie, szczęście bywa zmienne. Nie inaczej było w przypadku bohatera tego artykułu, który po wielkim zwycięstwie nad Margarito, w kolejnych dwunastu miesiącach musiał pogodzić się z dwoma porażkami. Na korzyść "Junito" przemawia fakt, że zarówno z królem P4P Floydem Mayweatherem Jr (49-0, 26 KO), jak i z Austinem Troutem (30-3, 17 KO), tanio skóry nie sprzedał i napsuł im sporo krwi, zmuszając do maksymalnego wysiłku.

Umarł król, niech żyje król!Po tym słabszym okresie i małej aktywności portorykański wojownik odrodził się jak Feniks z popiołów w 2014 roku, kiedy dokonał historycznego wyczynu, stając się pierwszym w historii swojego kraju mistrzem czterech kategorii. Przeszkodą, którą wówczas pokonał w imponującym stylu, był wspaniały, chociaż trapiony już wtedy przewlekłymi kontuzjami król wagi średniej, Sergio Martinez (51-3-2, 28 KO). Dużo większa argentyńska "Maravilla" już w pierwszej rundzie tej emocjonującej walki aż trzykrotnie lądowała na deskach po piekielnie szybkich i mocnych ciosach portorykańskiego challengera. W dalszych odsłonach przewaga Miguela już tylko rosła, dodatkowo w dziewiątej Martinez doznał kontuzji kolana. Wszystko zakończyło się w dziesiątej i tak oto tron WBC miał nowego władcę.

Ostatnim zawodnikiem, z którym zmierzył się Miguel, był młody wilk Saul Alvarez (49-1-1, 34 KO), a miało to miejsce w listopadzie 2015 roku. Cotto przegrał tę bitwę, ale była ona tak wyrównana i zacięta, że z pewnością jego zwycięstwo nad "Cynamonem" nikogo by wtedy nie zdziwiło. Zresztą Cotto, jak i miliony jego kibiców do dzisiaj twierdzą, że zostali wówczas oszukani. Niestety przynajmniej na razie na rewanż obu świetnych zawodników nawet się nie zanosi.

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść...W taki oto sposób docieramy do mało znanego Japończyka Kamegai, który wygrał los na loterii i został najbliższym rywalem powracającego po prawie dwuletniej przerwie Miguela Cotto. Czy zawodnik z kraju kwitnącej wiśni sprawi w sobotnią noc niespodziankę? Raczej niewiele na to wskazuje. Bardziej prawdopodobny scenariusz to efektowna wygrana faworyta z Caguas. Miguel tym występem będzie chciał przypomnieć się kibicom i zrzucić rdzę, przed zapowiadanym ostatnim pojedynkiem w karierze, w którym zmierzy się najprawdopodobniej z niebezpiecznym królem nokautów Davidem Lemieux (38-3, 33 KO).

Niemniej, chociaż wynik walki wieczoru w Carson wydaje się być z góry wiadomy, moim skromnym zdaniem warto zarwać noc i włączyć telewizor. Po co? Chociażby po to, że cuda w boksie się zdarzają (czytaj sensacyjna wygrana Kamegaia) i z szacunku dla Portorykańczyka, który, mimo że schodzi już ze sceny, to zawsze daje z siebie sto procent.

Więcej informacji: Miguel Cotto
Udostępnij: FacebookXInstagramMessengerWhatsApp
KOMENTARZE
Zaloguj się lub zarejestruj się, aby skomentować ten artykuł...
KOMENTARZE ZE STARSZEJ WERSJI SERWISU
Autor: LennoxLewisLion
Data: 26-08-2017 22:31:45
Nie zapomnę tego dramatu z "Gipsem"...:-( Masakracja...
Autor: oczi00
Data: 26-08-2017 22:32:35
Kto jak kto, ale Miguelowi należy się ogromny szacunek. Gość jest jednym z ostatnich prawdziwych wojowników. Żadnego obrażania przeciwnika, żadnych skandali, zawsze przygotowany na maksa, walczy do końca. True Champ !!! ;)
Kalendarz imprez