Autor: cop
Data: 04-05-2012 19:11:26
Dla tych wszystkich, ktorzy maja ochote przeczytac wszystkie dotychczasowe czesaci: BOKSERSKIE NOTATKI ANDRE… Marzec, 1996 Zupelnie przypadkowo znalazlem sie w Atlantic City na gali bokserskiej transmitowanej przez HBO, gdzie walka wieczoru byl pojedynek podopiecznego Emmanuela Stewarda, nadziei amerykanskiej nowej fali Dannella Nicholsona i polskiego “Bad Boy” Andrew Goloty. Tego drugiego znalem tylko z walki z Samsonem Po’uha, ktora stala sie slawna w kregach fanow boksu tylko i wylacznie z jedenego powodu , a mianowicie dosc niecodziennego uzycia zebow w czasie walki w wykonaniu “polskich szczek” czyli Mr. Goloty. Powiedzenie “I had to bite the motherfucker” przeszlo juz do historii boksu zawodowego …lol… Ale zacznijmy od poczatku. Znajomi moich Rodzicow, wiedzac iz bede w Atlantic City przez kilka dni, postanowili zaprosic mnie na urodziny ich corki Sharon, ktora byla zaledwie kilka lat mlodsza ode mnie i wlasnie rozpoczela studia ekonomiczne w jednym z nowojorskich uniwersytetow. Z przyjemnoscia skorzystralem z zaproszenia, gdyz w gruncie rzeczy nie mialem wowczas zadnych planow na weekend. Imprezka urodzinowa byla znakomita a moja uwage przykula piekna blondynka o imieniu Asia. Jak dowiedzialem sie pozniej z rozmowy, urodzila sie w Chicago, jej rodzice byli Polakami a ona sama studiowala wowczas prawo miedzynarodowe na Harvard. Byla to dla mnie niespodzianka, ze spotkalem kogos z Mass w Atlantic City a do tego tak seksownego i blyskotliwie inteligentnego. Pare drinkow pozniej zostalem wcisniety do starej Toyoty i wraz z Asia i jeszcze dwiema dziewczynami udalismy sie w kierunku pobliskiego Convention Center. Jak sie okazalo, mieli oni wykupione bilety na gale bokserska a jeden z ich znajomych zachorowal i nie byl w stanie sie pojawic ani na urodzinach ani na wieczornej gali. Tak wiec wszyscy, jezeli sie nie myle bylo nas wowczas wszystkich 12-14 osob, znalezlismy sie porzadnie podcieci na gali, na ktora z pewnoscia nie planowalem jechac… Nazywalo to sie bodajze “Night Of The Young Heavyweights” czy tez cos w tym stylu. Przyznam sie, ze ogladalem tylko ostatnie cztery walki wieczoru, z tym ze Michaela Granta i Coreya Sandersa pojedynek niezbyt uwaznie, gdyz bylem zajety zupelnie czyms innym. Naprawde jednak zainteresowaly mnie tylko ostatnie trzy. David Tua w spektakularny sposob znokautowal w pierwszej rundzie wspieranego przez grupe kibicow z Puerto Rico – Johna Ruiza i musze sie przyznac iz byl to zabojczy nokaut. Jednego i drugiego widzialem wowczas po raz pierwszy na zywo, aczkolwiek Ruiz byl mi znany ze wzgledu na fakt, ze trenowal w poblizu Bostonu i kilkakrotnie slyszalem jego nazwisko jako potencjalnego “latynoskiego mistrza ciezkiej”…Kolejny pojedynek, to spektakularnie zbudowany Shannon Briggs zostal zatrzymany w trzeciej rundzie walki z Darrollem Wilsonem. Jeden ze znajomych Sharon byl dosc dobrym kumplem goscia z obozu Briggsa, wiec po walce mielismy szanse zrobic sobie zdjecie z Shanonnem. Niestety Wilson byl niedostepny, ale jak historia definitywnie wskazuje, nikt dzisiaj Wilsona nie pamieta, wiec i zdjecia z nim znaczylyby z pewnoscia niewiele wiecej niz zdjecie z pierwszym lepszym przechodniem na ulicy…lol… Wreszcie walka wieczoru, przed ktora byla dosc dluga przerwa. Pare piw pozniej na ringu po raz pierwszy w zyciu zobaczylem Andrew Gotote. Asia, jego wielka fanka, juz przed walka byla tak podniecona, ze jak sie pozniej okazalo musialo sie miedzy nami skonczyc tym czym sie skonczylo, a jednoczesnie zaistnielismy jako para od tego wlasnie weekendu… Wracajac do walki wieczoru, Nicholson byl najwyrazniej faworytem HBO, gdyz cala uwaga stacji byla na nim skupiona ale Golota generowal uwage publiki, ktora spodziewala sie kolejnego “wypadku w czasie pracy”… Oczekiwania zostaly nagrodzone w jednej z pozniejszych rund, kiedy to Andrew zaplikowal Nicholsonowi zabojczy strzal z glowy, ktory omalze nie zakonczyl pojedynku. Polak te walke wygrywal bez wiekszych problemow a Steward wsciekal sie w narozniku Darnella i wyraznie wykrzykiwal cos do niego w czasie poszczegolnych rund. W osmej rundzie nastapil koniec Nicholsona, ktory byl juz kompletnie bezsilny i niezupelnie zdajacy sobie sprawe z tego co sie stalo. Golota wygladal wowczas na znakomicie przygotowanego fizycznie zawodnika, celebrowal spokojnie swoje zwyciestwo z grupa polskich i polsko-amerykasnkich fanow, w cichym szmerze bialo czerwonych flag. Pierwszy raz w zyciu widzialem wowczas na zywo entuzjazm tych, ktorych znacie z transmisji tv z pozniejszych walk Goloty… Niesamowita atmposfera stworzona przez bialo-czerwonych przypominala mi cos, co tylko moglem zaobserwowac wczesniej w czasie jedynego Super Bowl, na ktorym mialem szanse byc zanim ukonczylem trzydziestke…Bardzo chcielismy sie dopchac do Jima Lampleya by zrobic sobie jakies zdjecie z nim rowniez, ale byl taki chaos, ze zdecydowalismy sie jechac do klubu tanecznego by zakonczyc noc w dobrym stylu… Pamietam, ze pierwszymi myslami, ktore przewinely mi sie niedzielnego poranka przez umeczony alkoholem umysl, byly mysli zwiazane z Asia i… Golota… Troche smieszne, gdyz Asi juz niemalze nie pamietam, a Golota jest wciaz jedna z tych postaci bokserskich, ktore mnie fascynuja do dnia dzisiejszego… Byla to pierwsza gala bokserska, z ktorej sporzadzilem notatki dla wlasnego uzytku. Dzisiaj dziele sie nimi z wami po raz pierwszy… Nastepne to wspomnnienia z Madison Square Garden w New York i slynnej juz gali z udzialem Riddicka Bowe & Andrew Golota. Bedzie pachnialo przelana krwia… Mam nadzieje, ze sie wam podobalo? BOKSERSKIE NOTATKI ANDRE… Madison Square Garden, New York, NY – lipiec 1996. Cieply lipcowy wieczor na nowojorskim Manhatanie. Cala nasza grupa dotrla do hali z duzym opoznieniem, gdyz zaliczylismy po drodze dwie knajpki z napojami, ktore mialy nas wprowadzic w odpowiedni nastroj przed gala. Bardzo latwo zauwazalne tlumy w bialo-czerwonych koszulkach, czapkach, szalikach etc. Wszyscy podekscytowani walka Goloty z Riddickiem Bowe, ktory mial reputacje mistrza wagi ciezkiej nie posiadajac wowczas nawet pasa mistrzowskiego. Myslelem, ze bedzie interesujaco, ale nie dawalem Polakowi zbyt duzych szans i nawet pogloski o slabej formie fizycznej Riddicka, nie byly w stanie zmienic mojego nastawinia. Och, jak sie mylilem. Nie bylo intgeresujaco, bylo zajebiscie… Ale zacznijmy od poczatku. Siedzielismy w sektorze bezposrednio za ekipa z HBO: Lampleyem, Merchantem i wielkim Georgem Foremanem (prawdopodobnie 6-8 rzedow za nimi), wiec widocznosc mielismy calkiem niezla, zreszta bilety nie byly az takie drogie. Dookola nas w wiekszosci dosc niezaangazowana grupa milosnikow boksu, co sie okazalo bardzo waznym elementem w pozniejszych godzinach. Zadnych bialo czerwonych flag w bezposrednim poblizu nas, zadnych “brooklynskich gangsterow”…lol… Wczesniejsze walki nie wzbudzily we mnie az takiego zainteresowania, aczkolwiek owczesny mistrz IBF w “lightweight division” i juz wowczas kandydat na jednego z moich ulubionych piesciarzy – Arturo Gatti rozprawil sie szybko z jakims nieznanym niemalze gosciem o nazwisku Feliciano Correa. Ogladalem jeszcze jeden pojedynek, w ktorym legendarny Hector “Macho” Camacho sponiewieral w dwoch rundach slabiutkiego Craiga Houk. Dosc dlugie przerwy pomiedzy walkami wypelnialismy rozmowami z roznymi ludzmi dookola i polowaniem na jakies interesujace zdjecia. Glosne spiewy i nawolywania do wspolnego kibicowania wypelnialy hale. Ilosc alkoholu we krwii kibicow byla juz w tym momencie znaczna, wiec kiedy wreszcie Andrew Golota pojawil sie idac wolno do ringu wraz ze swoim wiekowym trenerem - Lou Duva, wrzask byl niesamowity. Nie wiem dokladnie jak wielu fanow Goloty bylo wowczas w MSG ale pamietam, ze dominowali widownie swoim zachowaniem. Mysle, ze w calej hali w momencie przed walka wieczoru, moglo byc okolo 11 lub 12 tysiecy ludzi. Riddick znalazl sie juz rowniez w ringu, dlugie prezentacje i wreszcie gong. Golota wygladal niemalze jak faworyt w pierwszej rundzie, wystrzeliwujac pieknymi prostymi i wyprzedzac nieustannie Bowe a nawet potrafil zachwiac nim w pewnym momencie jednym ze swoich poteznych prawych. Z tylnich rzedow dalo sie slyszec zdziwione glosy: “Who is this fucking guy?” Bowe probowal przejac inicjatywe w drugiej rudzie, spychajac Golote na liny i probujac stworzyc bardziej uliczny styl walki. Trzecia runda to ponownie przewaga Polaka a coraz glosniejsze zachowanie fanow w bialo-czerwonych barwach zaczelo byc zauwazalne przez grupe Brooklynczykow wspierajacych Riddicka.Bodajze w czwartej rundzie Golota zostal ostrzezony za ciosy ponij pasa ale juz wczesniej dalo sie zauwazyc iz Polak ma tendencje do zbyt nisko umiejscawianych uderzen. Riddick wygladal juz w tej rundzie na zmeczonego a przewaga Goloty stala sie juz bardzo wyrazna. Niestety kolejny cios ponizej pasa i Riddick w teatralny sposob pada na deski a sedzie karze Andrew odjeciem punktu. Po kilku minutach Bowe wstaje i piesciarze kontynuja runde do konca. Kkilka sektorow obok zaczely sie przekrzykiwania i pierwsze przepychanki pomiezy grupami kibicow. Nie zwracalismy jednak na to zbytniej uwagi, gdyz w ringu dzialy sie rzeczy niesamowite. W piatej rundzie Bowe ponownie znalazl sie w klopotach. Andrew systematycznie rozbijal zmeczonego Brooklynczyka I chyba w tym momencie juz wszyscy wiedzieli, ze Golota to nie zart. Golota zaliczyl kolejne odjecie punktu w rundzie szostej ale prawde mowiac nie zauwazylem by cios byl zbyt nisko zadany. Szosta runda wygladala podobnie jak piata. Przewaga Goloty. Runda siodma, to juz kompletny chaos. Sedzia ringowy odejmuje Golocie kolejny punkt za niskie uderzenie ale pozwala kontynuowac walke. Riddick bije Andrew parokrotnie w tyl glowy I sedzia zwraca tym razem uwage Amerykaninowi. Golota zasypuje ciosami cholernie juz zmeczonego i zbitego Bowe’a, ktory najwyrazniej nie wie co sie z nim dzieje. Koncowka rundy, kolejkny cios ponizej pasa, Riddick pada na mate ringu, sedzia przerywa walke i wcalym tym zamieszaniu nie zauwazylem, ze to koniec, dyskwalifikacja. Mnostwo ludzi nagle znalazlo sie w ringu. Zamieszanie, chaos wrzaski i nagle kilka rzedow powyzej naszego miejsca bijatyka. Nie wiem jak to nawet mozliwe, ze wszyscy znalezlismy sie w sytuacji, gdzie nie tylko w ringu, ale rowniez dookola niego krzesla zaczely byc rzucane, plastikowe butelki etc… Dopiero wowczas zauwazylem, ze tak naprawde, to nie ma zadnej ochrony. Powoli zaczeli pojawiac sie policjanci i “MSG Security” ale przerazeni calym ogromem zniszczen i zamieszania, byli najwyrazniej nieprzygotowani na taka sytuacje. W miedzyczasie widzielismy jak Lou Duva zostal przemycony na noszach poza ring i poza zasieg huliganskich wybrykow… Moze jakies 20 stop od mojej kolezanki Jessy, spadlo rzucone z innych rzedow krzeslo. Goraco i naprawde niebezpiecznie. Pierwszy raz zdarzylo mi sie obserwowac taka sytuacje z bezposredniej odleglosci i musze sie przyznac, ze nie bardzo wiedzielismy czy mamy przeczekac az policja zaprowadzi p[orzadek, czy probowac sie wypychac na zewnatrz. W pewnym momencie widzialem wielkiego Georga trzymajacego na odleglosc swoich ramion jakiegos mlodego i najwyrazniej podpitego goscia z szalikiem zaslaniajacym dolna czesc twarzy, ktory probowal przedostac sie na ring skracajac sobie droge przez stanowisko komentatorskie. Goloty w ringu nie bylo juz od dluzszego czasu a i Bowe zostal wlasnie wyprowadzony… Wszystko zaczelo powoli wracac do jakiegos prowizorycznego porzadku i zauwazylismy kilku udzi wyprowadzanych w kajdankach. Moja Asia pstryka zdjecia jak szalona a reszta naszej grupy powoli kieruje sie do wyjscia. Zaczynamy droge ewakuacji. Pelno plastikowych butelek dookola, porezlawanych przroznych napoji, polamanych krzesel i innych smieci… Wydostajemy sie na zewnatrz glownej hali, tuz przy wyjsciu kolejna bijatyka. Dwoch policjantow zaatakowanych butelkami przez duza bande African-Americans, grupa w bialo-czerwonych szalikach przekrzykuje sie z kilkoma innymi “gangstas” tuz w poblizu zejscia do metra… Wooooow, co za wieczor. Nikt nie ma ochoty wracac do hotelu ani do domu, wiec po 10 minutach od Madison Square Garden, znajdujemy Irish Pub z wolnymi stolikami i pakujemy sie wszyscy tam na kolejna rundke i wymiane obserwacji. Jak sie okazuje, nikt z nas wczesniej nie mial okazji byc nigdy na tego typu gali, gdzie zagrozeni utrata zdrowia byli nie tylko piesciarze ale i kibice…lol… Czesc naszych znajomych z New York i New Jersey zegna sie z nami, udajac sie w kierunku najblizszej stacji metra. Zadnej “Yellow Cab” nie widac w poblizu, wiec pewnie pakistanscy i hinduscy taksowkarze wystraszyli sie tym co sie dzialo dookola hali…lol… Asia i ja, jak rowniez pozostale dwie pary wracamy zmeczeni do hotelu. Jest juz niedziela a takiego lipcowego sobotniego wieczoru nikt z nas z pewnoscia nie zapomni do konca zycia… To w koncu byla najbardziej ekscytuajac gala bokserska przed moimi 25 urodzinami… BOKSERSKIE NOTATKI ANDRE… Pyramid Arena, Memphis – czerwiec 2002. “…there’s no way I could ever baet him. He’s just too big and too strong…” – Mike Tyson Jakim cudem walka tego typu odbywa sie w Memphis a nie Las Vegas czy New York? No coz, miasto wygralo licytacje wydajac 12 milionow dolarow za przyjemnosc goszczenia pojedynku na szczycie wagi ciezkiej. Z pewnoscia klopoty Tysona z uzyskaniem licencji bokserskiej byly niezwykle wazne w ustalaniu finalowego kontraktu a zbyt duzo pieniedzy bylo do stracenia by pojedynek ten sie nie odbyl. Hala Pyramid Arena wypelniona po brzegi, ale jestem w niej pierwszy raz, wiec trudno jest mi okreslic ilosc kibicow, ale z tego co dowiadujemy sie pozniej bylo okolo 14-15 tysiecy w czasie glownej walki. Po raz pierwszy w zyciu, na gali bokserskiej widze jednoczesnie komentatorow z dwoch rywalizujacych ze soba telewizyjnych kanalow: HBO & SHOWTIME. Nie wiem czy zauwazylem wszystkich ale Jim Lampley, Bobby Czyz, James Brown, Jim Grey sa tuz przy ringu. Ponadto, zdecydowanie znacznie wiecej kamer niz w czasie r3egularnych transmisji. Co za mess…lol… Pierwsza walka, ktora ogladamyod momentu, kiedy zesmy weszli do areny to mlodziutki Jeff Lacy vs Kevin Hall. Szybka przeprawa piescairza, z ktorego pozniej mial byc niekwestionowany mistrz. Nie wiedzielismy tego wowczas. Lacy zwycieza przez KO w trzeciej rundzie. Malik Scott I Kevin Hall to byla kompletna nuda i w czasie pojedynku wyszlismy na piwo. Wracajac po kilkunastu minutach dowioadujemy sie, ze Scott wygral jednoglosnie ale miczego nie stracilismy pijac “Blue Moon”…lol… Kolejny pojedynek to jednorundowa afera, gdzie David Starie pokonuje przez KO Roni martineza. Nic rewelacyjnego. Obu widzialem pierwszy raz w zyciu w jakiejkolwiek walce na zywo. Tuz przed pojedynkiem Joela Casamayora z Juanem Jose Ariasem, moje znajoma - Jessica otrzymuje telefon, ze nasza kolezanka wlasnie wyladowala (spoznione polaczenie z Bostonu) i jest w taksowce do Pyramid Arena, wiec wkrotce musimy do niej wyjsc z biletem na imprezke. Wracajac do wydarzen ringowych, calkiem niezla walka, z duza przewaga Kubanczyka i zanim musielismy wyjsc do glownego wejscia by pomoc dostac sie do srodka naszej znajomej, Casamayor znokautowal Ariasa… Znakomicie wszystko sie ulozylo, odebralismy Karen z taksowki i wprowadzilismy do areny a zajmujac swoje miejsca, wciaz mielismy pare minut oczekiwania na przed – walke wieczoru. Czekalem na nia z duzym zainteresowaniem, gdyz byl to pierwszy raz, kiedy mialem zobaczyc Pacquiao na zywo i bylem autentycznie zainteresowany… Niestety, cala ceremonia prezentacji trwala dluzej niz sama walka. Manny rozprawil sie juz w drugiej rundzie z Jorge Elicerem Julio. Byla to walka w obronie IBF “super bantamweight” tytulu, ale wygladala jak egzekucja… Pamietam ogladajac rok pozniej niesamowity pojedynek z Barrera, zastanawialem sie nad tym, co osiagnie Pacquiao. Dzisiaj juz wiem, ale to z perspektywy czasu… No coz... Jestesmy juz wszyscy w znakomitych nastrojach i to nie tylko spowodowanych piwem, ale przede wszystkim towarzystwem grupy fajnych dziewczyn z Los Angeles, ktore poznalismy juz wczesniej w pobliskim barze… Pozniejsze igraszki hotelowe byly tylko kwestia tego, czy bedziemy wystarczajaco trzezwi…lol…Pomiedzy ostatnia walka a wejsciem do ringu Lewisa I Tysona minely cale wieki. Nie zwracalem uwagii na wszystko, ale moj kumpel Kevin dorwal sie do miejsca przy wejsciu Tysona i “strzelil” mu “good luck punch” w momencie kiedy Mike przechodzil tuz obok… Nie mozecie sobie nawet wyobracic jego ekscytacji faktem, ze tuz przed taka walka byl w stanie dotknac rekawicy legendarnego Tysona…lol… No coz, mlodosc ma swoje niepisane prawa, wiec zrozumielismy jego radosc. Jakby nie bylo, p[amietam doskonale swoje glupiutkie zachowania, kiedy mialem 22 lata… Obaj piescairze w ringu. Prezentacje, hymny i inne przerywniki wypelnily czas, ale w koncu sie zaczyna… Lennox Lennox wyglada jak monstrualny kolos w porownaniu z Tysonem. Przedzieleni linia ludzi w zoltych koszulkach w poprzek calego ringu spogladaja na siebie a napiecie w Piramidzie siega zenitu. Mike stoczyl w ringu tylko 18 rund od chwili swojej “slynnej” rewanzowej walki z Evanderem Holyfieldem. Czy bedzie zardzewialy, czy tez to wszystko nie bedzie istotne. Tego typu rozmowy slyszymy dookola siebie, ale w wiekszosci dominuje opinia, ze Tyson bedzie mial swoj moment w walce i bez wzgledu na wyniki na kartach punktowych, znokautuje Anglika. No coz… Lewis zaczyna ostroznie, Tyson szarzuje natychmiast ale tego sie wszyscy spodziewali. Co zauwaylem od samego poczatku walki, to strategia przygotowana przez Emanuela Stewarda, ktora najwyrazniej polegala na pomysle przytrzymywania i spychania Tysona w momentach niebezpieczenstwa. Lewis rozpoczal realizowanie planow taktycznych od pierwszego momentu, kiedy to rozwscieczony wydawaloby sie Mike, byl zbyt blisko niego. Tyson wydaje sie byc w pierwszych rundach kompletnie zaskoczony stylem preferowanym w ringu przez Lewisa, ktory uzywajac dlugich lewych prostych spycha Amerykanina nieustannie do obrony. Juz od drugiej rundy Lennox po mistrzowsku zaczyna wykorzystywac swoja przewage fizyczna a jego potezne prawe dochodza do glowy Mike’a bez wiekszych problemow. Najwyrazniej w koncowce trzeciej rundy pojawila sie krew na twarzy Tysona, rozciecie na okiem. Sedzie ringowy Cotton, bodajze w czwartej rundzie rozpoczyna upominanie Lewisa za uzywanie lokci, sciaganie glowy Mike’s w dol i przetrzymywanie. Anglik zdaje sie zupelnie nie zwracac uwagi na uwagi. Pelna koncentracja? Determinacja? Runda szosta to moment, w ktorym juz chyba nikt nie mial watpliwosci iz ten pojedynek nie skonczy sie dobrze dla Tysona, ktory przez cala runde nieustannie spychany byl do obrony a akumulacja ciosow Lewisa musiala robic potezne wrazenie na Tysonie. Runda siodma to jeszcze wieksza przewaga Anglika, ktory kompletnie dominuje nad mniejszym przeciwnikiem. Moj kumpel Josh, krzyczy mi do ucha, ze to juz koniec. Wkrotce przekonuje sie, ze ma racje. Ostatnia minuta rundy osmej, potezny prawy krzyzowy kladzie Mike’a po raz drugi na mate a Cotton nie ma wyjscia jak wyliczyc go i przerwac walke. Mamy wrazenie, ze Tyson nie podjal nawet proby podniesienia sie. Olbrzymia ilosc poteznych uderzen Lewisa odebrala mu chec do jakiejkolwiek walki. Legendarna kariera Mike’a Tysona zostala w tym momencie zakonczona… Niedowierzanie przeplatane glosami rozsadku dookona nas. Nie wiem wlasciwie dlaczego tak wielu liczylo na to, ze Mike bedzie w stanie pokonac Lewisa??? Tlumy w ringu, siedzimy dosc daleko by widziec dokladnie twarze piesciarzy udzielajacych w tym momencie wywiadow. Rozmowy zaczynaja sie powoli wyciszac, ludzie opuszczaja arene… Nasze znajome z LA proponuja wypad do klubu nocnego w “downtown” tuz w poblizu naszego Marriottu. No coz, walka zaliczona, czas na kolejne zyciowe przyjemnosci…lol…