Rewanż równie efektowny jak i pierwsza potyczka. Jai Opetaia (25-0, 19 KO) znów okazał się lepszy od Mairisa Briedisa (28-3, 20 KO), ale weteran mocno się postawił.
Pierwsza runda z dużą dozą wspólnego szacunku, ciosów było jak na lekarstwo, ale już od drugiej zaczęło iskrzyć. Wtedy też dowiedzieliśmy się dwóch rzeczy - Opetaia ma dużo szybsze ręce, zaś Briedis potrafi przyjąć naprawdę mocny cios. A potem jeszcze próbować odpowiedzieć. O ile ciosy na szczękę znosił dobrze, to akcje Australijczyka na korpus robiły już na utytułowany Łotyszu wrażenie. Kolejne odsłony wygrywał Opetaia, ale w żadnej z nich nie zbudował bardzo widocznej przewagi.
Po wyrównanym piątym starciu, w szóstym Australijczyk podkręcił tempo i najpierw długim lewym krzyżowym, a za moment bardzo mocnym lewym sierpowym robił nos weterana z Łotwy. Briedis miał swoje kryzysy, wciąż jednak szukał swojej szansy w pojedynczych bombach. A w jedenastym starciu rzucił wszystko na jedną kartę, sprawiając Australijczykowi na nowo problemy. Po udanych trzech minutach, oraz mowie motywacyjnej trenera w przerwie, w ostatniej rundzie Briedis jeszcze mocniej przycisnął. Pokazał charakter, lecz finisz okazał się spóźniony.
Po ostatnim gongu sędziowie punktowali 117:111 i dwukrotnie 116:112 - wszyscy na korzyść Australijczyka, mistrza świata wagi junior ciężkiej federacji IBF.